wtorek, 3 marca 2015

Granica w Puszczy Kampinoskiej z jajem w tle

Granica, 1 marca 2015


Dedykuję tego posta prowodyrowi tej wycieczki - Kubie. Bo wycieczka była wyjątkowa w swej urodzie. M.in. bo jak prowodyr sugeruje za parę lat może już nie zobaczymy tych domostw, może drogi zarosną. A tak wogóIe to muzeum po drodze i pamiątki powojenne. Poprzez lasy suche z kotami, groblami z żurawiami, bagnami z duchami, wiejskimi drogami z końmi, wydmami z babami, kanałami z czaplami.
A przy okazji polecam bloga Kuby o tym co płynie i nie płynie czyli "Z biegiem rzek, w szumie jezior..."


Uczestnicy: Kuba, Monika, Kasia, Agnieszka i Marta
Trasa: pętla ok. 18km z Granicy, przez Zamość i Cisową
Szczegóły trasy: za parkingiem w prawo zielony szlak, Zamościńską Drogą do grobli i przez groblę do wsi Zamość, w lewo czerwonym do Posady Cisowa, w lewo przez wieś Cisowa do żółtego szlaku, powrót żółtym szlakiem do Granicy.




Parking w Granicy nowoczesny, zadbany, z zamkniętymi kibelkami. Wyruszamy minutę, może właśnie przez te kibelki, przed zaplanowanym czasem, zdziwieni tą punktualnością.
Jeszcze się dobrze nie rozpędziliśmy, a tu wyłania się dom czyścioszek bielony wapnem okolony płotem z drągowiny. Zwykle bywał bielony raz w roku przed Wielkanocą.
Jest to typowa kryta strzechą Chata Kampinoska jak z obrazka. Obok studnia z żurawiem i ul bez pszczół. Przeniesiono tu dom Tomasza Połcia ze wsi Granica, która przypuszczalnie bierze swoją nazwę z miejsca, gdzie graniczą lasy z bagnami i bagna z wydmami itp. itd..


 Zielony szlak prowadzi nas.

Jedyna na tej trasie ładna kapliczka. Kapliczka Leśników. Wszystkie spotykane później były obrzydliwe. Ta z lat 20-tych XX w. stanowi pamiątkę po odzyskaniu niepodległości w 1918r. Cegły, które posłużyły do budowy kapliczki, powstały z gliny wydobytej z Góry Kampinoskiej.
Dzwonek kapliczki rozbrzmiewał w maju wzywając na nabożeństwa majowe. 
Mamy marzec i nic nie dzwoni. 
Mamy blisko Warszawę, a tu jakby Zakopane. Budynek Leśnictwa Kampinos w stylu architektury narodowej czyli miks szlacheckiego baroku ze stylem zakopiańskim.


Aleja Trzeciego Tysiąclecia powstała w 1999r. w ramach projektu "Ekologia ponad podziałami". Pewnie dlatego tu zasadził jednego dęba szypułkowego prezydent Aleksander Kwaśniewski, a drugiego prymas Glemp. Aleja ma w nas wzbudzać szacunek do przyrody.
Dalej małe, urocze muzeum. Można kupić gadżety dla siebie i dzieci. Jednakże nie można się wysikać. Żeby dupka nie zmarzła, w ten jeszcze chłodny poranek, należało swe kroki skierować do TojToja.
To ustrojstwo nas zaintrygowało. Wygięte w łuk, niedrewniane, naturalne. Kość czy ość?
Dolna szczęka wieloryba. Nie, nie!!! - mimo, że jesteśmy w starorzeczu Wisły, wieloryby w Wiśle nie pływały. To jedno z ukrywanych w Puszczy w czasie wojny skarbów muzealnych. I tak już zostało.
Długo byliśmy w tym małym muzeum.
Ekspozycji nie dało się oglądać z należytą powagą. Kto zatrzyma się przy tablicy z borem mieszanym świeżym i borem mieszanym wilgotnym, który zajmuje 23 % Puszczy, ten zrozumie. Pod nosami podśmiewamy się z kosmatki owłosionej.
Oprócz wystawy florystycznej i faunistycznej trochę pamiątek z czasów wojny i staczanych tu bojów. 
Nieśmiertelniki. Połówka zostawała na szyi do identyfikacji, drugą zabierano.


Jeszcze na koniec pani przewodniczka zaprasza nas na wycieczkę w poszukiwaniu wiosny fenologicznej. A my szczęściarze początkiem marca już na nią trafiamy - na soczystą zieloną trawkę w środku lasu.
Pomnik poświęcony Kobendzom.

Nie uszliśmy za wiele, bo Monika zacmokała na czarnego kota jak na psa, a ten przybiegł. Lekko wystraszony z nadzieją w ślepiach na jakąś co łaska od ludzi. I zaraz nadszedł drugi. Monia podzieliła się tym co miała najlepszego, a mianowicie jajem. Potem dorzuciła pierś pieczoną kurzą.

Kotki były wyraźnie głodne. A do jaj jeszcze wrócę.
Smutne pamiątki czasów wojny.
 Kuba nie przepuści żadnej okazji do upolowania ptaszyny. A śpiewają jak najęte.



Minąwszy skręt na Narty, nieopodal tej wątpliwej urody kapliczki, dostrzegamy w oddali ławeczki. Mimo, że właściwie nic nie uszliśmy, nijak nie zmęczyliśmy się, to czemuż by nie usiąść skoro są ławeczki.








A naprzeciw taki oto widoczek.
Przysiadamy zadziwieni tymi ceratami na stoliku i ławce, i tymi ozdobami na drzewach. Zapewne jakieś miejsce kultu pogańskiego. 
Może i dlatego tak w oka mgnieniu znika nalewka z pędów sosny z pigwą. Najlepsza jaką piłam. To znaczy jeszcze nigdy takiej nie piłam. Niestety nic się nie ostaje na potem.
Tak Kasia zadbała o stan naszego umysłu.


Gdzie to słońce? Zadawaliśmy to pytanie w cichości, bo po drodze do Granicy było.


  No i wreszcie się rozpromienia las i nasze pyszczki.


Kolejny potworek.


















Zbaczamy ze szlaku, który powiódłby w prawo. I polecam tę opcję - czyli trzymania się Zamościńskiej Drogi.
Grobla zaprowadzi nas do wsi Zamość.


  

Po drodze pamiątka z lat 60-tych. Wspomnienie zamordowanej dziewczynki, która tędy wracała do domu.








Grobla zdecydowanie jest potrzebna. Wokół mokrawo.


Na tej grobli Aga mnie pyta czy już przestałam myśleć. A ja już przestałam myśleć w aucie, jeszcze przed dmuchaniem na Arkuszowej. Dzięki niepamięci nie wybuchłam wówczas  śmiechem. Bo chwilę później przypomniałam sobie jak można dmuchać, znaczy nie można - wyrwać policjantowi alkomat, złapać oburącz, objąć ustami i ...dmuchać.
 
Kosaćce wystawiają źdźbła zielone.
 Droga do wsi Zamość.
 Charakterystyczne dla Puszczy Kampinoskiej stogi siana.

 Krzywa kapliczka, znośna.
.

 Pałka nad kanałem owatowana.









Kierujemy się na prawo od kapliczki.
Blaszana wędzarnia według Moniki jest tak duża po to żeby pomieścić całą krowę.
 Kampinoskie stogi siana raz jeszcze.
Pejzaż prześciga pejzaż.

A tu jedna z kurek o zielonej poświacie. O jajkach zaraz będzie, lecz owa kurka czarnopiórka nic z tym nie ma  wspólnego.


Docieramy do kanału Łasica, który zebrał wody puszczańskich dolinek. Czas na biesiadę.

Towarzyszy nam czapla. Bez jaj.
Tak sobie siedzimy nad Łasicą i siedzimy. W pewnym momencie zdziwiła mnie cisza, która nagle zaległa.  Okazało się, że cisza jest wynikiem Moniki wyciszenia w trakcie zajadania się  jajem. Jak się okazało w posiadaniu Moniki nie było to tylko to kocie jajo. Kupa jaj. Starczyło dla kotków, na wyciszenie Moni, koniom nie dała ale w drodze powrotnej w samochodzie obierała skorupki i wyciszała się.




W chwili, gdy podnieśliśmy rozleniwione ciała z nad Łasicy, rozległ się krzyk niedoszłej morderczyni Agi- "zabiłam ją, orany zabiłam!!!"
Co to byłaby za śmierć. Pod podpupnikiem.
Mała traszka jednakże przeżyła, to wałkowanie, miętoszenie może i próby zagazowania,  któż to wie..


Podziwiamy ją ze wszech stron. Nie tylko, że się oparła sile nieziemskiej. 
Niekiedy udaje nieżywą i pokazuje śliczny brzuszek.


Zostawiamy traszkę w spokoju. 
Za mostkiem droga wzdłuż wierzb...
 ... prowadzi do psa sołtysa, któremu nie chciało się na nas szczekać.
 A tu zaliczamy mały skok w bok.
 Opuszczony dom Serafina.
 




 
A przed domem sarna wystraszona rykiem motorów nieświadoma naszej obecności przechadza się niczym na wybiegu.


Zmiana nastroju.
Drzewo z serduszkiem.


Zmiana nastroju.
Kruki nad nami w parach trzepoczą czarnymi skrzydłami. Brrr...





 Docieramy do Kanału Ł-9.

 Mijamy na czerwonym szlaku kapliczkę mimo że nieładną to inspirującą. Marta na folijce odśpiewuje pieśń z głośnika pielgrzymkowego. Pokładamy się ze śmiechu.

Dalej mały kanalik.

  Posada Cisowe. Tu odbijamy w lewo na pole namiotowe.
Po drodze pojedyncze zamieszkane domy i to co pozostało po dawnych domostwach. 
Piwniczki. Nie na piwo niestety. Nietoperzowe piwniczki.
 Niespodzianka. Klangor żurawi i same żurawie.




 Grobla.
Zanim usiądziemy na polu namiotowym zostajemy zauważeni przez konie. 
Konie te nie były głodne.
A jednak zostały nakarmione. 
Sprawiedliwie obdzielone po połowie jabłka. 

Odtąd Monika do lasu zamierza chodzić z karmą dla kotów i koni. Obyśmy łosia nie spotkali...

 
Odpoczywamy na polu namiotowych. Co ogryzek, Monika biegnie do koni.
Kasia wyciąga zdrowego snikersa. Pochrupujemy wygrzewając ryjki w słońcu.
Opuszczamy pole namiotowe. Żurawie nie wróciły na pozowanie.
 


Zmienności nastrojów towarzyszy zmienność krajobrazów. Wydma nie bałtycka tylko wiślana.
 Światełko w tunelu.
 Docieramy do żółtego szlaku. Na skrzyżowaniu taki oto pień.


Nieco ciemniej. Być może dlatego dopadają nas omamy słuchowe. Łosie? Nie łosie.
 Olsy. Bagna. To może moczarowe duchy?


 Kolejny raz przekraczamy kanał Łasica.
Nudnym mostkiem.


Potem znowu bagna. Moje kroki przyspieszają.
Po prostu nie chcę spotkać łosia.

Coraz mniej światła.



Jak można tak szpecić las?
 Zółty szlak powoli dobiega końca. Do smutnego końca.
Bo na końcu cmentarz wojenny w Granicy na planie orła. Dziwny pomnik poległych w miejscu głowy orła. Nie wzniosłam się jednak na tyle by to dojrzeć.

Miejsce spoczynku 800 żołnierzy Armii "Poznań" i "Pomorze". Polegli walcząc z Niemcami w tych okolicach zaraz po bitwie nad Bzurą 16-18 września 1939.
I tak pętelka się zamknęła kolejnej pięknej wędrówki rzutem beretem od Łomianek.

wtorek, 17 lutego 2015

Wzdłuż Wisły: Na Jagodzianki z gruchą w plecaku.

Józefów-Karczew, 15 luty 2015

Trasa: przystanek Górki w Józefowie, Rezerwat Wyspy Świderskie, Karczew.
Uczestnicy: Marzena, Kuba, Kasia, Krzysztof oraz nowy narybek Monika i Agnieszka oraz wielu innych, a na czele Przemek.

Oj, ja popamiętam tę Jagodziankę. Tę, po której brzuch mnie bolał. Nie dlatego, że ją zjadłam, tylko ze śmiechu zdrowego, który zatrząsł moim brzuchem w rozmiarze w sam raz.

Po kolei jednak. Zanim zjadłam gruchę w widłach Jagodzianki ....
Fotografował: Ambasador Wierch

 .... wysiadka w Górkach. 

Trochę jesteśmy rozczarowani. Po słonecznym piątku i sobocie, prognozach słonecznych, a jakże, do głowy nikomu nie przyszłoby, że uchylając w niedzielę powieki, tego słońca nie ujrzy. Przetarłam rano oczy ze zdumienia. Nie ma! Prognoza pokazuje słonko skromnie chmurką przesłonięte. A za oknem tylko jedna wielka chmura. Jeszcze liczę na Kubę, że dojrzy słońce, bo już nieraz je widywał - nieważne, że tylko on. Kuba jednak zaparł się i słońca nie dojrzał. Za to przewidział poniedziałkowe słońce. Rażące po oczach, kłujące te szaro-bure fotki.
 
No i  przemierzamy Górki żądni przygód pewnego szarego dnia na polnej drodze.
A tu nic. Piesio nawet nie jęknął, a rowerzysta z trasy nie zboczył.
Jakież to ludzkie. I działa w obie strony ;) O czym później się przekonam.
I dalej przez Górki, przez górki śmieci dominujące w krajobrazie. 
Po drodze mijamy też te trzęsące się przy dotknięciu albo te pozbawione rurkowatych nóg tablice REZERWAT PRZYRODY.

Mijamy pozostałości starego Świdra co świdruje ziemie otwockie.
I po krótkim spacerze dopadamy brzegu. 
Szaro-bura szata nie przeszkadza. Nawet pomaga. Nie rozprasza.
Właśnie przestaję myśleć. Stan ulubiony.
 Plaże piaszczyste z kępkami wikliny.
 Rodzina łabędzi z dwójka młodych brzydkich kaczątek.
I jak to bywa nad Wisłą, krajobraz zeszłego roku przestał istnieć. Pojawił się nowy. Zniknęła szeroka plaża i gdy moim oczom ukazuje się ujście Świdra (to poniżej akurat podobne do siebie), to nie mogę wyjść ze zdumienia.
Dowiadujemy się o erozji dna rzeki na przykładzie miejsca do wodowania łodzi - za wysoko.
Widok na ujście Świdra.
Mostem przechodzimy na drugi brzeg Świdra. Naszym celem jest Jagodzianka. I nie chodzi tu o przepyszne drożdżowe ciasto z borówkami z cukrem, lecz o rzekę której pyszna nazwa czyni ją jedną z tych co zapadają w pamięci. Jak się okaże nie tylko będzie mi się kojarzyć z jedzeniem, lecz i z małpim pokazem. O tym potem.
Bardzo lubię ten nadrzeczny widok. Tym razem z przyjaciółką w tle, którą zresztą jak nie widać to i tak słychać.
 Góra skrzypu co nie skrzypiał.

Pejzaż z zawadą w tle.
 Zawada na pierwszym planie.


 A tu bóbr budowniczy wykonał piękny portal w tej starej wierzbie.
A tu legowisko dzików. Dziki niczym kury wygrzebują dołki i się w nich wylegują. I srają jak kury tylko w innych barwach i kształtach o czym przekonuję się idąc za głosem nie powiem jakim.
 Zawadom nigdy dość.
 Ktoś tu bywał.
Docieramy do pierwszego w kolejności ujścia Jagodzianki, która postanowiła na 2 razy wpłynąć do Wisły.
Zza lian. To po chińsku.
Piaszczysta skarpa Jagodzianki wrzynającej się niczym stringi coraz głębiej i głębiej.
Bobry pracują zawzięcie.
Zżerają korę i bałaganią. Trzeba uważać, aby nie wpaść w wentylacyjny kanał bobrowy.
I czas nadszedł na przeprawę przez Jagodziankę część 1. Pod nami zimna woda. A nad nią Przemek rozciągnął linkę pomarańczową. Najbardziej podziwiałam mamę z 6-cio latkiem i samego Ignasia.


Uspakajam Monikę i Agę, że to pestka takie przejście, radośnie pokonuję most, po czym ....
Fotografował: Ambasador Wierch
... noga mi się poślizgnęła i niczym małpiszon wiszę na pomarańczowej lince, z dupką nad przepaścią, zaparta nogami o pień. Chacham się i chacham rozbujana na tej lince. Drę się do Marzeny i Kuby: róbcie zdjęcia! I robią.
W końcu siadłam na pniu. Niestety między nogami, niczym w nocniku osłonka przed obsikaniem, mam gałąź, zatem dotarcie na tyłku do końca pnia odpada. Trza wstać. I wstaję. Dopadam brzegu. Pomruk rozczarowania rozbrzmiewa, bo w chwili grozy wpadnie czy nie wpadnie niejeden miał nadzieję na niezapomniane plum :)
A tu nic.
Miałam pomocnika - dziękuję :) Fotografował: Ambasador Wierch
Po chwilach emocji ruszamy do brzegu Wisły.
Parka nurogęsi podrywa się do lotu na nasz widok.
Wisła zdobywa kawałek po kawałku lądu piaszczystego.

Zniszczona ostroga na Wiśle.

 Ustronne miejsce.





Czas na siad. Ciepło ogniska rozgrzewa.
Herbatę z syropem z pędów sosny sączę popadając w błogi stan. 
Krzysztof przyrządza jabłko z ogniska. Zmierzam zmałpować pomysł następnym razem.

Po napełnieniu brzuchów ruszamy w kierunku drugiego ujścia Jagodzianki.



Bobrowe ząbki potworzyły wzorki na pniach.

Ależ tu ładnie.




Czymś zanieczyszczona wydaje się być Jagodzianka. Wpływają tu wody z oczyszczalni. Hmm...

Dalej droga przez nawłoć.  Przypomniał mi się miód z nawłoci wypity w imbirowym napoju. Najlepszym na zimowe wieczory.
Coraz mniej światła, a my coraz bliżej Karczewa.
A po drugiej strony Gassy.

Do Karczewa szliśmy i szliśmy.
Po drodze minęliśmy budynek Straży Pożarnej z oryginalna wieżą strażacką z hełmem strażackim. 
I po drodze jeszcze jedna niespodzianka. Głaz poświęcony pamięci XIX w. rysownika, który  m.in. wykonał ilustracje do dzieł Mickiewicza, Słowackiego czy Kraszewskiego i Orzeszkowej - Michała Elwiro Andriolliego. Skąd tutaj? Po 1880r. zamieszał w kupionym folwarku w pobliskim Anielinie.  
Zawiłe to były czasy.
Andriolli jak nazwisko podpowiada miał korzenie włoskie. Jego ojciec kapitan wojsk napoleońskich zamieszkał w Wilnie. Michał jak dorósł studiował malarstwo w Moskwie, potem bił się w powstaniu styczniowym za co został zesłany w głąb Rosji. Potem otarł się o Warszawę i ilustrował bez pamięci. Osiadł w Stasinowie (Mińsk Mazowiecki) i ożenił się. Po śmierci maleńkiej córeczki, a następnie żony przeniósł się do Anielina do majątku po obu brzegach Świdra i nazwał go Brzegi. Dał się poznać jako twórca "świdermajera" drewnianego budownictwa w Otwocku o nazwie biorącej się od rzeki Świder a ukutej przez Gałczyńskiego. Wybudował w Brzegach pierwsze domy letniskowe dla gości. A zakończył żywot w Nałęczowie, gdzie wyjechał po zdrowie.

Nie on jeden zauroczył się doliną Świdra. Dawniej i dziś Świder świdruje po oczach.
Głaz stanął tu w 1993r. w setną rocznicę śmierci

A jak doszliśmy to pojechaliśmy. Buro-szaro na zewnątrz, a w duszy radośnie.


Przydatne linki:

organizator wycieczek nad Wisłę Warszawską - Ja Wisła
więcej o o Andriolli - tu