wtorek, 6 stycznia 2015

Przez Mogilny Mostek, wzdłuż Długiego Bagna w Puszczy Kampinoskiej

6.01.2014, Puszcza Kampinoska

Trasa: pętla około 13 km, szlaki żółty, czerwony, czarny - zmienna krajobrazowo, moja ulubiona.
Parking wieś Palmiry - Mogilny Mostek - Długie Bagno -cmentarz Palmiry - Kamień Orlika - wieś Palmiry

Uczestnicy: Monia, Wojtek, Joasia.

Czy  to przypadkowo czy nie, w Trzech Króli wyruszyliśmy w trójkę na kije do Puszczy Kampinoskiej. Na zewnątrz (ciągle unikam formy warszawskiej, a po 9 latach niebycia w Krakowie na pole też już nie wychodzę) -7 stopni i słońce oraz co się da - obielone krupami śnieżnymi.

Wkraczamy na żółty szlak wiodący po dawnej Puszczy Łomieńskiej. Uroczy o każdej porze roku.
Dzisiaj reflektory między drzewami.

Z drewnianego mostka delektujemy się widokiem na ciek wodny wpadający dalej do Wilczej Strugi odwadniającej kotlinę Cichowąża.
W lecie konary i gałązki tworzyłyby bagienne straszydła. Teraz oprószone krupami śnieżnymi nie wydają się takie straszne. Chociaż oprócz żab i płazów mieszka tu straszny ssak. Jedyny jadowity europejski ssak - rzęsorek rzeczny. Śliczny jest ten 10cm wampirek tu.

Żółty szlak prowadzi do Mogilnego Mostku nad Wilczą Strugą. Nazwany tak, nie bez powodu. Wedle podań to tu, została zamordowana dziewczyna. Dawniej, jeszcze dawniej zwyczajowo ludzie rzucali obok mostku gałęzie. Wojtek opowiada tą historie mówiąc -"Rzucali liście", a Monia na to- "Co rzucaliśmy?". Chwilę to trwało.
Raz do roku, wiosną ten stos podpalano, żeby się dusza zabitego w ogniu oczyściła z grzechów. Zwyczaj iście pogański.

I właściwie tiu się kończy żółty szlak im. Antoniego Trębickiego, światłego dzierżawcy dóbr Łomna (XVIII/XIX w.) a zaczyna szlak czerwony. Niebawem wkraczamy na Sejmikową Drogę.

Latem na rowerze człek zakopuje się po pachy. Bowiem tu znajdują się zrośnięte ze sobą wydmy paraboliczne - Wywrotnia Góra i Biała Góra. Swą nazwę Biała Góra wzięła od tego, że się pokazała góra piachu po wycięciu lasu. Teraz wydmy porasta bór sosnowy.
I nieustannie, długaśne promienie słońca przeciągają się między drzewami. Nie mogę oczu oderwać.

Właściwie rzec by można, że się nadziewamy na pozostałości jednej z bram prowadzących do Wojskowej Centralnej Składnicy Amunicji, choć nie brzmi to przyjemnie. Na tym terenie znajdowały się ukryte magazyny. Do nich ze wsi Palmiry pociągnięto w 1929r. brukowaną drogę. A żeby nie było tego za mało, to jeszcze do składnicy powiodła bocznica kolejowa aż od Dworca Gdańskiego, ulicą Marymoncką, a potem skrajem puszczy przez Dziekanów. Mapka składnicy tu. Wszystko to powstało z obawy przed wojną, jednak w małym stopniu zostało wykorzystane  przez Wojsko Polskie we wrześniu 1939 r. bo dość szybko zostały przejęte przez wroga.

 Miejsce zwane "Na Wartowni".
 Już za minutkę, już za momencik ....
...jeden z najpiękniejszych pejzaży Puszczy Kampinoskiej - Uroczysko Długie Bagno.


Największe i najlepiej zachowane torfowisko wysokie powstałe między wydmami. Tworzy się w zagłębieniach  bezodpływowych, na słabo przepuszczalnym podłożu i gdy deszczyk spadnie to już sobie na dłużej zostaje. Inne bardziej odpowiadające bagiennym nastrojem nazwy torfowiska wysokiego to mszar lub rojst.
W latach 1921-24 eksploatowano je przyczyniając się tym samym do jego zniszczenia. Wgryziono się na 3m i odwodniono. No i pojawiły się drzewa. Po jakimś czasie od zakończenia eksploatacji torfu,  rowy odwadniające zarosły i poziom wody gruntowej się podniósł. W ten sposób niechciany las obumarł, a procesy torfotwórcze ruszyły pełną parą. Teraz zagraża mu trzcina pospolita (chciałam napisać cukrowa - mniam mniam) i brzozy (omszona i brodawkowata). Brzozie kikuty noszą ślady świeżego cięcia.

 Szmaticzku na paticzku.

Palmiry to jest  MUST do zwiedzenia. W miejscu tym znajduje się cmentarz-mauzoleum. W 1948 roku powstało na wielkiej polanie, gdzie między 1939 a 1941 funkcjonariusze SS i policja niemiecka rozstrzelali około 1700 osób. Dzisiaj muzeum było zamknięte.
Tyle razy tu byłam, a dopiero dzisiaj dostrzegam orzełki w furtce wiodącej na cmentarz.
O każdej porze roku cmentarz mieni się różnymi kolorami od pasów roślin ciągnących się wzdłuż alejek krzyży.

Zaraz wyruszymy czarnym szlakiem z powrotem do wsi Palmiry. Monika nie dowierza Wojtkowi, który właściwie co sobotę pokonuje tę pętelkę, upierając się, że skoro dzisiaj jest wtorek, a on chodzi w soboty, to trzeba jednak trasę sprawdzić na mapie.

Czas na moja herbatę miętową, napój imbirowy Moni. Wojtek pozostaje o suchym pysku.

Ostatnie chwile nad bagnem, gdzie dzięcioł stukał jak stuknięty. Ja też stuknięta nie mogłam rozpiąć paska idąc później w krzaczki.

Kamień Orlika upamiętnia zwycięski pojedynek polskiej tankietki nad niemieckim czołgiem. Tankietką dowodził plutonowy podchorąży Edmund Orlik. Dla miłośników pojazdów wojskowych więcej o polskich tankietkach tu.
 

Tu chyba dopiero co przejeżdżały tankietki pozostawiając lodowe paski.









Za borem sosnowym, niedaleko za straszliwie brzydką kapliczką w Janówku, następuje zmiana otoczenia. Wkraczamy w las liściasty i po raz kolejny przekraczamy Wilczą Strugę.
Kościelna droga i zaraz potem krótki wybrukowany odcinek do Palmirskiej drogi (asfaltówka).
Asfaltówka ma jak widać swój urok.

 I tak powoli zaczynamy kończyć naszą pętelkę.

Ta trasa należy do moich ulubionych. Urozmaicona, urokliwa, ujmująca. Raz wydma, raz bagno. Raz mostek, drugi raz  mostek. I nieco historii,  i ogrom przyrody. Chce się wracać.

Polecane linki:
Lechosław Herz "Puszcza kampinoska. Przewodnik"
Lechosław Herz - "Legenda"
e-przewodnik 
strona KPN

piątek, 2 stycznia 2015

Sylwester z pochodniami wzdłuż Wisły Warszawskiej

Warszawa, 31.12.2014 / 1.01.2015

Jak można inaczej świętować koniec starego a początek Nowego Roku?

Uczestnicy: Monika i Ika, Mój Ci Wojtek, Andrzej i Maciek, a także odnaleziony Kuba i Kazik oraz tłumy, nieprzebrane tłumy.
Trasa: Od mostu Gdańskiego prawym brzegiem Wisły do mostu Poniatowskiego.
Organizator: Przemek Pasek z fundacji Ja Wisła

Po mrozach trzymających przez ostatnie dni w lodowatym uścisku nawet do -10°C, teraz lekko cieplej w okolicy 0 i sobie mży. Wdrapujemy się po schodach na most Gdański i już mi się podoba. Dzisiaj nie będę z założoną nogą na nogę pałaszować smakołyków ze stołu by w końcu zamarzyć o choćby krótkiej drzemce. Przede mną spacer aż do Nowego Roku.


Oświetlony chodnik mostu wciąga w odległy punkt zbiegu perspektywy. Droga do miejsca spotkania chętnych do spaceru z pochodniami wydłuża się od naszego nieustannego spoglądania w dół z mostu na wzory tworzone przez śryż. Okrągłe kółka śryżu niczym szydełkowe serwetki unoszą się na rzece. Przy prawym brzegu korowód zatrzymuje się i esami floresami wchodzi w zatoczkę.


Dziwne z daleka nie widać nawet kawałeczka człowieka gotowego na pochód z pochodniami. Parking przed zoo tonie w ciemnościach. Dopiero wtedy gdy zbliżamy się do bramy zoo, z ciemności wynurza się tłum ludzi. W tym roku lampy nie oświetliły parkingu, potęgując tym samym atmosferę jakby skrywanej  przed światem uroczystości. Gwar cierpliwie czekających w kolejce po pochodnie miesza się z pytaniami nigdy-wcześniej-niebędących: "A jak długo? A Państwo to już byli?

Niektórzy owinięci folią NRC, inni kocami cieplutkimi, prawie każdy z plecakiem. Ika zjawia się w kurtce budowlańca, w którą zostaje przyodziana przez Wojtka, zaraz po wyjściu z samochodu po uścisku chłodu, który wdarł się pod elegancki paltocik. Zastanawiamy się przez chwilę, żeby zamiast pochodni wzięła łopatę. Teraz ta z natury chowająca się przed światem, rzuca się w oczy pomarańczą i odblaskami. Tym samym stanowi dla mnie punkt odniesienia, gdy się zagubię.  Wojtek w trosce o nasze odwłoki rozdaje nam podpupniki. Maciek zanim wszystko się zacznie pałaszuje kanapkę, potem jabłko, popijając herbatą z cieknącego termosa, tłumacząc nam, że to tylko dlatego, aby było mu lżej z plecakiem. Tak jakby przełożenie czegoś z plecaka do żołądka wiele zmieniało.

Gdy od pierwszej pochodni prowodyra tego wszystkiego odpala się chyba ze 200 innych pochodni, nagle szary tłum dostaje blasku. Zanim wyruszymy Przemek ostrzega, co może brzmieć zabawnie w samym środku wielkiego miasta, przed bobrowymi norami, którymi po wpadnięciu można jak na zjeżdżalni wylądować w Wiśle lub po prostu uszkodzić sobie gnata. Także nieco  o kruchym lodzie i o całkiem realnym ryzyku wzajemnego zgrilowania się.

 W końcu wyruszamy. Zjawiskowy widok. Kierowcy cierpliwie czekają przed przejściem. Jeden z nich wyskakuje z pytaniem gdzie idziemy. Głos Moni przebija się bez względu na dzielącą nas już od człeka odległość - "Do Portu Czerniakowskiego".  To obok kurtki budowlańca, druga wskazówka gdzie mam szukać swoich jak się zagubię. Notabene, nie doszliśmy do portu.
 
Wąska, pokręconą i pogarbioną ścieżką, poprzez ośnieżone trawy i krzaki, oczami błądzącymi na rzeczna panoramę w świetle pochodni nie zauważam jak wosk skapuje mi na rękawiczkę.

Monia od pierwszego kroku jak katarynka powtarza "Już mi się podoba, już mi się podoba". A może to ja w duchu tak po niej jak echo powtarzam? Nieco dalej o jedną chwilę słyszę, że ogień ją przyciąga. Teraz ona powtarza na głos moje odczucia. Magia ognia się dzieje.
Tłum rozciąga się wzdłuż brzegu jak ścieg z błyszczącymi cekinami. Czasami w miejscach, gdzie cekiny się zgubiły można delektować się samotnością.
Wtedy słychać muzykę śryżu. Dla tej muzyki, jak tylko spadnie pierwszy śnieg, złapie mrozik, biegnę nad Wisłę. Posłuchać muzyki i płynąć wzrokiem po wzorzystych paćkach na powierzchni rzeki.
Przez chwilę wyciągam z  Andrzeja opowieści z dalekiej Afryki, którą właśnie był opuścił. Śmieszny kontrast na tym ośnieżonym brzegu Wisły.

 Panowie gadają i gadają, z piersióweczki łiski łykają.
Potykam się, komuś rozwiązuje się but i siada obok ścieżki w śniegu, co raz pochodnia kończy żywot w śniegu. Jutro Przemek przejdzie tą samą trasą zbierając pozostałości po Sylwestrowej nocy. Co będzie sobie myślał? Po raz 9-ty zgromadził tłumek. Po raz n-ty kogoś zaczarował dziką Wisłą w środku stolicy.
Zanurzone w wilgotnej poświacie stare miasto jak z bajki.

Najpierw wachlarz Świętokrzyskiego, potem przyczółki Poniatowskiego, któremu minęło właśnie 100 lat. Przechodząc pod mostem dostrzegam rozpalające się ogniska na przepastnej plaży. Mimo wyławiania z tłumu  drągali, Kubę spotykam dopiero przy ogniskach. On też mnie spotyka dopiero przy ognisku, co oznacza, że nie patrzył pod nogi.
Czas rozmów. Z Iką dzielimy się wrażeniami po Cherezińskiej "Koronie śniegu i krwi". I nagle z Iką mamy na sobie zielone suknie i zmierzamy przez baśniowy las na Łysą Górę. Monia jak to przeczyta pozazdrości. Za rok na pochód założymy zielone sukienki, co Ty na to?

 A to szuranie zimowych ocieplanych spodni, a to zatapianie się w rozmowach. Jakiś, o znajomym brzmieniu facet konwersuje z Iką za moimi plecami. Obracam się przez ramię i już się witam z Kazikiem. Jak zwykle z torbą przewieszoną przez ramię, tym razem wypełnioną krówkami i słonymi orzeszkami.  Długość brody Kazika to rzecz sezonowa, od wersji Mikołajowej przez modnego teraz miejskiego drwala. Pewnie coś się za tym kryje.

Dym decyduje, gdzie kto zakotwiczy. Kiełbaski skwierczą, zapach unosi się w powietrzu kusząc czworonoga. Wreszcie pies dopada kijka po kiełbasie i skwapliwie wylizuje.
W międzyczasie feeria świateł i kolorów. Ściskamy się, cmokamy.





Dziękujemu Przemkowi. Nie widzę Agnieszki, która zamykała Przemkowy korowód. Zatem uściski przesyłam przez bloga.
Z moja paczką opuszczam plażę. Wchodzimy na Poniatowskiego i dołączamy do tłumu idących z Narodowego.
Maciek twierdzi, że ja twierdzę, że to ten tłum ma zmienić stronę, bo to my idziemy dobrą stroną drogi.
Budowniczy zamienia się w kierującego ruchem. Wczuwa się. Gdyby Wojtek dał Ice lizaka, bałabym się, że mnie nim zdzieli za to, że się wlokę.

Za namową Maćka, nasze nogi niosą nas do "Przekąsek u Romana". "Ja się stąd nie ruszam" - postanawiam. Zamawiam pierogi z kapustą i herbatę. Pierogi znikają w mojej gębie, bo są pyszne i bo spacer wyostrzył apetyt.  Z Monią rozsiadamy się przy stoliku. Reszta sobie poszła. Przyglądając się ludziom, sącząc trunki, wspominamy spacer. A tu nagle pojawia się znajoma Ewa Sz. (z kimś któremu chodzenie nie szło i nie dlatego żeby miał w czubie, bo nie miał w czubie, ot taka zagwozdka),  która jak zwykle rozświetlona uśmiechem ściska mnie na Nowy Rok. Niedługo później oczy nam się kleją i wtedy pojawia się Maciek i odprowadza do samochodu. Gdzie już lekko pogrążam się we śnie.



Właśnie tak chciałam spędzić tę noc. W blasku pochodni, rozbudzona od rześkiego powietrza, pochłonięta  przez pejzaż Warszawy, wpatrzona w przyozdobioną śryżem płynącą Wisłę.


I tak się skończyła bajka pierwszego dnia roku 2015.


niedziela, 21 grudnia 2014

Zadziwiający hotel w Aldeia da Pedralva czyli nowe życie wioski w Portugalii.

5-7 marca 2014, Aldeia da Pedralva, Portugalia

(kontynuacja postu z klifów Falesii - tu)
 
Zanim mi szczęka opadnie ze zdumienia, rechoczę razem z innymi. Otóż Andreas przydzielił pokoje w nowym hotelu, do którego właśnie zmierzamy. Dwie sympatyczne pary dowiedziały się, że z nimi będą mieszkać córeczki Ola i Asia. Rodzice niewiele starsi od córeczek, od razu przybrali ton rodzicielski, a jak to bywa w życiu, w córeczki wstąpił duch przekory. 
Natychmiast wraz z etykietką córeczki poczułam, że należy coś przeskrobać, a ponieważ wyszłam z wprawy, postanowiłam nad tym jeszcze pomyśleć.
Po całym dniu łażenia po i pod klifami Falesii, z napełnionymi brzuchami w Faro, zatapiamy się w fotelach busu i lekko kołysani przez Hose, drzemiemy. Gdy dojeżdżamy do celu, nikomu nie chce się specjalnie wysiadać, w to jakieś totalne i ciemne odludzie. Ociężała, na wpół śpiąca wlokę walizę. Jednym okiem łypię na wąską uliczkę. Chwilę dłużącą się, nie przypadkowo w tym miejscu, jak  spaghetti, czekamy na klucze. Łypię przeciągle drugim okiem na widok za otwierającymi się drzwiami. Po 5 minutach biegamy wszyscy jak kot z pęcherzem i córeczki i mamy i tatusie. Coś niesamowitego. Przeszłość w teraźniejszości. Tradycyjny dom z wszelkimi wygodami w byłej wiosce, odtworzonej z ruin i przywróconej do kolejnego życia.

Zmęczenie, gdzieś się ulotniło. Najpierw zmieniamy porządek kuchni.  


"Mamusia" dostrzega niedoskonałość, którą natychmiast poprawia. 
Chwilę jeszcze biegamy po domu, chłonąc jego rustykalność, chwilę przysiadamy na kanapach, po czym wyruszamy na wieś.
"Mamusia" Lilka
Kluczymy wąskimi uliczkami. Cieszymy się jak małe dzieci. Ponieważ jest marzec i nie napotykamy na owady, pozwalamy sobie na chodzenie z rozdziawionymi gębami.
Odwiedzamy bar, zamknąwszy już gęby, gdzie jednym z serwowanych trunków jest za słodki likier migdałowy.


Hotel Aldeia da Pedralva  to zrealizowana wizja człowieka zmęczonego codziennym kołowrotem. W 2005 roku Antonio Ferreira kupił pierwszy zrujnowany dom we wsi bez wody i prądu i właściwie bez mieszkańców. Pozostało ich do dzisiaj 7-ro. W latach świetności mieszkało tu około 100 osób głównie uprawiających pszenicę. W latach 50-60-tych XX wieku mieszkańcy wiedli tu niełatwe życie - własnymi rękami musieli sobie wypracować wszystko. Jedynym środkiem transportu były osły. Każdy miał ogródek i świnkę. W latach 70-tych wieś opustoszała. Ludzie znaleźli zatrudnienie w pobliskich hotelach wzdłuż wybrzeża. 
Wieś wymarła, ustał ruch, umilkł gwar.
Mamy nadal takie poczucie opuszczenia, że oprócz nas nie ma nikogo. Ooo... coś żywego... zmyłka.
Czy jak sobie stąd pójdziemy, to na krzesełku przycupnie jakiś duch z przeszłości?
Najpierw Antonio zapragnął mieć domek za miastem. Z dala od wszystkiego. I pewnego dnia pojawiła się wizja białego miasteczka. No i zaraz potem pomysł, co z tym zrobić. Zachęcił grupę osób do inwestycji. Poszukał właścicieli domów - niektórzy nawet nie wiedzieli, że je mają. Odkupił. Odbudował. Wraz z żoną Filipą i dziećmi zamieszkał tu na stałe.

Wracamy do domu. Prysznic rozgrzewa i rozleniwia. Ciało i umysł dają znaki, że czas kończyć ten dzień.


Przez okna pokojów wlewają się smugi świateł z lamp ulicznych. Na pewno jestem w bajce. Śni mi się portugalska wioska, a jutro obudzę się w zwykłym hotelu.


Na całe szczęście budzę się w Peldarve. Z okien wita nas pogodny dzień. 
Wychodzę z kuchni prosto na opatulone bambusem patio i do ogródka. Początek marca.



Wioska opasana małymi pagórkami. Stąd nie widać Atlantyku, lecz jest blisko.

Pomiędzy białymi domami wyzierają ruiny. 
Celowo zostawione dla porównania jak było tu jeszcze parę lat temu.

Na śniadanie idziemy do jadalni. To czym się opycham bez opamiętania na pewno przydaje mi kształtów tu i ówdzie. Pachnący, jeszcze ciepły chleb domowej roboty - pão caseiro - z dżemem jeżynowym. I tu pojawia się obrazek z dzieciństwa - miodowo słodkie jeżyny zbierane na "Betlejówce" (bo kiedyś tam mieszkał Betlej) w Brzostku. Nigdy później nie jadłam tak dojrzałych, tak słodkich, jak te dzikie porastające ruiny "Betlejówki". Sok z jeżyn zlizywałam z krwią poranionych od kolców dłoni. A potem rodzice zasypywali te jeżyny cukrem, by następnie zlać do butelek przepyszny sok. Owoce pozbawione soku trafiały do malin, porzeczek i dodawały smaku i aromatu domowemu winu. Jedynemu jakie lubię.

Hose pozuje z doniczką, a obok Andreas i "rodzice".
Jakże to miły obraz między jednym kęsem chleba z dżemem. Równie słodki. Po kuchni krząta się przystojny Portugalczyk.
Ola udaje, że coś potrzebujemy, a ja pstrykam
 Wyruszamy do Arrifana eksplorować zachodnie wybrzeże Algarve, po to by wieczorem wrócić do wioski, do Pedralvy. Andreas zapowiada wieczór z najlepszą włoską pizzą na świecie. W tej niepozornej hotelowej wiosce rzeczywiście później delektujemy się wyborną pizzą w Pizza Pazza. Włoch mieszkający w Portugalii słynie tak bardzo, że i z Lizbony doń przyjeżdżają, a stolik warto sobie zarezerwować wcześniej. Wnętrze nas nie powali, ale jedzonko znakomite. Włoch też sympatyczny. Mówi w wielu językach na raz, przekonany że go rozumiemy. Rozumiemy, czemu nie.
 
Spóźniam się na kolację do Pizza Pazza i okazuje się, że drzwi są zamknięte. Nie tylko ja zamieniłam się w kogoś innego (w córeczkę). Nasz elegancki, pełen klasy Hose zamienił się w rozrabiakę. W końcu płacząc ze śmiechu wpuszcza mnie do środka. Śmiechom nie ma końca. Hose przyłapuje mnie na lapsusie, nie dając mi nawet chwili na wątpliwości, że nikt nie zauważył. Mianowice zanim podano pizzę i inne specjały, podjadamy fasolki tremoços i popijamy winkiem. Owe fasolki, niezwykle popularne w Portugalii, to nic innego jak nasiona łubinu. Nie spotkałam u nas, nikogo kto by je jadał. Z uwagi na twardą łupinkę, zjada się tylko środek. Co oznacza, że łupinkę zdejmuje się rozgryzając fasolkę w zębach, no i się ją wyrzuca na spodek. W tym sęk. Na właściwy spodek, a nie na ten, z którego się wzięło. No i właśnie, gdy szybciutko biorę ową wyrzuconą łupinkę i przekładam zerkając czy nikt nie widzi, napotykam na wzrok Hose. Hose oczywiście doskonale zorientował się w sytuacji. W jednej sekundzie pękamy ze śmiechu. 

Gdy u mnie rozśmieszone zostaje wszystko, tak jak to wówczas miało miejsce w Pizza Pazza, ale to dosłownie wszystko, rozchichotane wnętrze do końca kolacji rozśmiesza się już na wszyściusieńko.  Hose też najwidoczniej podłapał bakcyla, bo potem córeczkom, a to zgubi się kurtka, a to portfel, a to drzwi jak wracasz z toalety zamknięte... Córeczka Ola wtóruje, a ja sobie myślę jak by to fajnie było jeszcze kiedyś się z nią spotkać.


Gdy już się najedliśmy, Andreas zaczyna kuszenie. Wyciąga laptopa, pokazuje może 10 zdjęć, i wciąga nas opowieścią w kolejną wyprawę. Prosimy o więcej zdjęć, lecz ten przebiegły lis nie daje się nabrać. Efektem tego jest zebrana prawie w całości na tydzień od ogłoszenia, grupa na wyjazd na Sycylię i wyspy Liparyjskie tu. W tym 10 osób ze wspominanej przeze mnie wyprawy do Algarve. Dzisiaj już miejsc na wiosenną edycję nie ma.

Wieczór w tyglu portugalsko-włosko-austriacko-polskim powoli dobiega końca. Wlecząc się uliczką wioski z przed 70 lat, lekko zataczając się od śmiechu i wina, otwieramy drewniane drzwi domku. Córeczki grzecznie kładą się na piętrowym łóżeczku, rodzice idą do swych sypialni. Następnego dnia opuszczamy Pedralvę.

Hotel Aldeia da Pedralva to niezwykłe miejsce, tak inne od typowych kurortów Algarve. Dawna wioska przywrócona do życia, zachowana taką jaką była w najmniejszych szczegółach. Zamieszkana na stale przez garstkę ludzi. Ożywiona gośćmi, wędrującymi wybrukowanymi uliczkami i zaglądającymi przez okienka. Nurzającymi się w odległej przeszłości.

Przydatne linki:
Organizator wyprawy pt. "Algarve-słoneczny balkon Europy" - Klub Podróży Horyzonty.

Galeria dawnej Peldarvy tu.
Hotel Aldeia da Pedralva - tu.